piątek, 3 marca 2017

Rozdział L

„Lost in the Darkness”                           UWAGA+18!!!



Przez cały czas, jak blondyn był nieprzytomny, przyglądałem mu się z niepokojem. Pragnąłem go przytulić, okłamać, że wszystko będzie dobrze i obronić przed całym światem... Niestety mogłem jedynie patrzeć i monitorować czy równomiernie oddychał. Kiedy otworzył oczy, poczułem wielką ulgę. Jeszcze była jakaś nadzieja. - Arm-
- Nie, nie, nie... - powtarzał jak w transie, a błękitne oczy zaszły mu łzami. Na twarzy malowało się zmęczenie zmieszane z panicznym strachem.
- Armin, co się...?
- Erwin... - załkał cicho i opuścił głowę.
- Armin! Armin, spójrz na mnie! - po chwili niebieskie ślepia skierowały się na moją osobę.
- E-Eren...? - zamrugał kilkakrotne, zdezorientowany.
- Tak, to ja. Musisz mi powiedzieć co się stało - poprosiłem.
- Jechaliśmy po ciebie. Mieliśmy cię zabrać z posiadłości... Miałeś z nami zamieszkać... - powoli wracał do zmysłów.
- Co się wydarzyło? Widzieliście Leviego? Był z wami? - Dlaczego akurat teraz zależy mi na Levim? Czemu tak bardzo się o niego martwię? Mam złe przeczucia...
- My... nigdy tam nie dojechaliśmy.
- J-Jak to? - zmarszczyłem brwi.
- Zo-Zostaliśmy... zaatakowani. To było zaplanowane. Przebili nam opony, wjechali w nas... Pan Erwin... Tyle krwi... - zaczął się trząść, a po policzkach spłynęły mu kolejne łzy - Nie chciał się obudzić... Nie mogłem nic zrobić... - dopowiedział, oplatając się rękoma.
- Erwin... nie żyje? - ta wiadomość dobiła mnie ze zdwojoną siłą. Smith był przełożonym Rivaille, to on dał mu środki do zwalczenia gangu. Był także o wiele bardziej doświadczony, kierował wszystkimi sprawami i... zawiódł? Co teraz? Czy już nie ma dla nas ratunku? Czy Leviemu też grozi niebezpieczeństwo? To wszystko moja wina... Gdybym tylko znał ten pieprzony szyfr...! Właśnie!
- Armin! Armin, posłuchaj mnie uważnie! - zwróciłem na siebie jego uwagę - Pamiętasz, jak wylądowaliśmy tu za pierwszym razem? Chcieli nas sprzedać. Wtedy... ukradłem im pewien ważny szyfr. Pamiętasz to? - blondyn w odpowiedzi kiwnął twierdząco głową. - Gdzie on jest? Gdzie schowałem ten cholerny kod?
- T-Ty nie wiesz? - zdziwił się.
- Wciąż... mam pewne problemy z pamięcią - przyznałem.
- Wykradłeś im go. Był w białej teczce razem z jakimiś dokumentami. Powiedziałeś, że wyryłeś go sobie w pamięci, po czym wrzuciłeś ją w ogień - Czyli jednak... To koniec. Nie ma już dla nas żadnej nadziei - pomyślałem, rozczarowany i przybity. - Eren, gdzie jest Mikasa? Miała być z tobą, prawda? Zrobili jej coś? - Arlet spojrzał na mnie wyraźnie zmartwiony.
- Mikasa... - przygryzłem dolną wargę. Jak mam mu to powiedzieć? - Ona... - Umarła przez ciebie! Jesteś nieudacznikiem, zwykłym mordercą! Takim samym jak oni! - słyszałem w głowie. - Obroniła mnie, oddając swoje życie - wyjaśniłem z trudem, próbując powstrzymać złośliwe szepty, które wyzywały mnie od najgorszych z możliwych i powodowały okropną migrenę.
- Nie, to... - usłyszałem ciche łkanie - Mikasa... tylko nie ona...
- Jesteśmy skończeni. Bez tego szyfru... oboje też zginiemy - stwierdziłem bliski załamania.
- Nie inaczej! - nagle do pomieszczenia wszedł nieznajomy z irokezem. Tym razem miał na sobie zwykłą, czarną koszulkę z krótkim rękawem, spodnie z dziurami oraz zwisającym łańcuchem przy pasku z ćwiekami. Obok niego stanął mężczyzna w białym garniturze  białej masce, która zakrywała całą jego twarz. Miał z dwa metry wysokości i był potężnie zbudowany. Prawdziwy mutant... - Cześć, skarbie! Długo się nie widzieliśmy! - puścił oczko do blondyna, który z przerażenia próbował wejść na ścianę.
- T-T-To ty...! - rzekł z niedowierzaniem.
- Poznajesz mnie? Jak miło! - uśmiechnął się szeroko - Tęskniłeś za mną? Śniłem ci się? Pamiętasz, jak...
- Przestań! - wrzasnąłem niespodziewanie. Zebrani spojrzeli na mnie ze zdziwieniem. Nie mogłem patrzeć jak Armin szaleje z przerażenia. Co on musiał przeżywać? Przez całe swoje życie walczył, aby oderwać się od tamtych wydarzeń, a teraz? Nie pozwolę, żeby dotknęli go choćby palcem!
- Niegrzecznie tak wcinać się komuś w rozmowę, Erenku! Zwłaszcza, gdy wspomina się takie chwile! Ach! Co to była za noc! Kiedy tylko spojrzę w te lazurowe oczka, wszystko dochodzi do mnie ze zdwojoną siłą! - otulił się ramionami i westchnął przeciągle - Aż nabrałem ochoty na dokładkę! - rzekł, oblizując swoje usta. Natomiast Arlet skulił się i oplótł nogi rękoma. - To jak, Eren? Przypomniałeś sobie coś, czy mamy powtórkę z rozrywki?
- Co zamierzasz? - wysyczałem przez zaciśnięte zęby.
- Wiesz, kiedy byłem bardzo malutki, moja kochana, świętej pamięci mamusia zdiagnozowała, że coś było ze mną nie tak. Dlatego pewnego dnia postanowiła zostawić mnie na ulicy, na śmierć. Ku jej nieszczęściu, przygarnęła mnie inna rodzina. Mieli ze mną dosyć spory problem wychowawczy, a gdy byłem w szkole, co rusz lądowałem u psychologów, którzy też nie mogli sobie ze mną poradzić i do mnie dotrzeć. Kiedy stałem się dużym, złym chuliganem, z policją też miałem na pieńku. Otóż nie stałem się jedynie mordercą. Okazało się, że mam też hopla na punkcie moich ofiar. Na dodatek w młodości zachowywałem się jak napalony pies i ruchałem co popadnie. Ale nie w tym rzecz. Pewnej pięknej nocy zdałem sobie sprawę, że mam niezwykły fetysz... - podszedł do błękitnookiego, szarpnął za złociste włosy i polizał go po policzku. - Podniecają mnie błagające o ratunek ofiary oraz... ich gnijące zwłoki - dokończył z szaleńczym uśmiechem.
- Nie! Nie rób tego! Zostaw Armina w spokoju! - wołałem, szarpiąc się z łańcuchami.
- Jest tylko jeden sposób, żeby mnie zatrzymać. Dobrze wiesz jaki - rzekł, wbijając we mnie swoje zimne spojrzenie. - Podyktuj mi cyferki, a nie tknę twojego kumpla, choć będzie to dosyć trudne... - mruknął, sięgając dłonią do guzików koszuli nastolatka, który był na skraju wytrzymania. - Już raz go zawiodłeś, czyż nie? Wtedy też wołał twoje imię licząc na pomoc, ale się nie zjawiłeś. Wybaczył ci. Myślisz, że tym razem będzie podobnie? - zakpił i złapał za jego brodę, by podciągnąć ją do góry. - Hmm... Ciekawe czy tamten zdechły skurwiel też robił sobie dobrze myśląc o tobie, księżniczko. Bo gdyby cię dotknął... sam bym go zabił. Gołymi rękoma - wyszeptał tajemniczo i złożył delikatny pocałunek na jego czole, wdychając zapach jasnych włosów. Nie chciał, żeby ktoś inny go dotykał? Erwin miał go wykorzystywać? O co w tym wszystkim chodzi? - To jak będzie, Erenku? - przymknąłem powieki i próbowałem się skupić, szukając w pamięci jakiejś wskazówki.
- E-Eren... - usłyszałem cichy, drżący głos. Otworzyłem oczy i napotkałem blednący wzrok pełen rozpaczy. - Proszę... - myślałem, że pęknie mi serce. Armin tak bardzo się bał i nie chciał, żeby tamten mężczyzna go znowu zranił. Potrzebował mnie. Potrzebował ratunku. A ja... nie potrafiłem mu w żaden sposób pomóc.
- No cóż... - westchnął zielonooki i jednym, sprawnym ruchem rozerwał materiał jego koszuli, powodując głośny pisk ze strony chłopaka. - Jak wspaniale! - zachwycił się, po czym zaczął obcałowywać nagą klatkę piersiową młodzieńca. - Wtedy było to takie spontaniczne, nieprzemyślane... Musiałem się tobą dzielić, a teraz... nic nie muszę! Jesteś tylko mój! - zachichotał, sięgając dłonią do rozporka jego spodni.
- Nie, nie! Nie rób tego! - krzyczał, próbując mu się wyrwać.
- Tsk... Za bardzo się wiercisz... Może powinniśmy unieruchomić mu nogi? - uśmiechnął się przebiegle. - Simon, podaj mi pistolet! - zwrócił się do mutanta, który posłusznie podszedł do niego i podał mu broń.
- Oszalałeś?! Nie rób tego! - krzyknąłem pełen niepokoju.
- Nie słyszę żadnych numerków - zanucił pod nosem, odbezpieczając pistolet i wstając, by wycelować w drżące nogi, za którymi próbował się ukryć. - Simon! Przytrzymaj mu te tańczące odnóża, bo jeszcze uszkodzę inne części ciała! - mężczyzna na rozkaz przykucnął przy Arminie i siłą wyprostował mu nogi, mocno trzymając za kostki.
- Nie! Eren! Błagam cię! Powiedz im ten szyfr! - wpatrywałem się w tą scenę z niedowierzaniem. To nie mogło dziać się naprawdę. To jakiś koszmar, sen z którego zaraz się obudzę... Jednak kiedy usłyszałem strzały i przeraźliwe wrzaski, ten horror wydał się być zbyt prawdziwy...
- Idealnie - skomentował zadowolony oprawca i odłożył broń w ręce faceta w garniturze, którego ubranie było nieco ubrudzony krwią. - To teraz zdejmiemy ci te brzydkie łańcuchy z nóg i się zabawimy! - postanowił. - Wiesz, jak to jest ze związkami. Nie można drugiej osobie zaufać na sto procent. Mogłaby się... wymsknąć. Rozumiesz? - zaśmiał się i ściągnął mu podziurawione i mokre od krwi spodnie. Nie wytrzymałem tego masakrycznego widoku i odwróciłem wzrok. - Boli, księżniczko? Nie bój się, jak z tobą skończę, przestaniesz czuć cokolwiek - rzekł, rozsuwając jego bezwładne kończyny i umiejscawiając się pomiędzy nimi.
- Eren... - usłyszałem ciche skomlenie. Nie patrz. Nie patrz... - powtarzałem w duchu. - Błagam cię... Nie pozwól mu...! Ach! Nie!! - było już za późno...
- Tak dobrze...! - mruknął zadowolony kat, po czym zaczął się w nim szybko u agresywnie poruszać, wbijając palce w bladą skórę na biodrach Armina. Zacisnąłem mocno powieki, przyłożyłem dłonie do uszu i z całych sił próbowałem się odciąć od tamtego wydarzenia. Niestety każdy dźwięk był jak wwiercany gwóźdź w mojej czaszce, a oczami wyobraźni widziałem wszystko. Dwa, połączone ze sobą ciała, skąpane w kałuży krwi... Niewiarygodne, obrzydliwe, okropne, nieludzkie, podłe, straszne... Podobnie jak wtedy...

***

- Mamo! Mamo! Nie! - wrzeszczałem, przyglądając się jak cały nasz dom rodzinny powoli rozpadał się na kawałki na moich oczach. Podczas gdy z Mikasą byliśmy poza domem, ktoś zabarykadował mieszkanie od zewnątrz, aby matka nie mogła się z niego wydostać i podpalił go benzyną. Dach całkowicie się zawalił, a ponad nim ulatniała się smuga czarnego dymu. Pomimo tego, ruszyłem bohatersko w ich kierunku. Kiedy już sięgnąłem po rozgrzaną do czerwoności klamkę, ktoś złapał mnie od tyłu, uniósł ponad ziemię i odsunął jak najdalej od budynku.
- Nie! Puszczaj! - zacząłem się szarpać.
- Eren! - usłyszałem znajomy głos. Uniosłem wzrok. Zobaczyłem skrzywioną w bólu twarz czarnowłosego, trzymającego mnie w swoich ramionach.
- Pan Rivaille... - wyszeptałem, a po moich policzkach momentalnie spłynęły łzy.
- Musisz się uspokoić. Zabiorę cię gdzieś, gdzie będzie bezpiecznie... - powiedział cicho, puszczając mnie wolno.
- Ale moja matka...!
- Eren! - przerwał mi i spojrzał stanowczo w oczy. - Oboje wiemy, że już nic nie da się zrobić - nie wytrzymałem dłużej i rzuciłem mu się na szyję, wypłakując morzę łez na jego piersi. Mężczyzna wziął mnie na ręce i oddalił się z miejsca zdarzenia.
Od tamtej chwili wszystko się zmieniło. Ojciec nigdy nie wrócił oraz nie dopełnił swojej obietnicy, Matka leżała pochowana w ziemi, a ja zamieszkałem z Mikasą u dziadka Armina, który był już stary i niedołężny. Przy życiu trzymał mnie już tylko jeden z dorosłych, który jak się potem okazało, również miał zamiar zniknąć i o niczym mi nie powiedzieć. Wszystko stało się tak nagle... przeżyłem prawdziwy szok. Poczułem gorzki smak zawodu. Zostałem zupełnie sam...
Rok za rokiem, w mgnieniu oka mijały mi kolejne lata, przechodząc jak piasek przez palce. Moje życie stało się bezcelowe, jałowe... Codziennie pracowaliśmy z Mikasą i Arminem od rana do wieczora. Od dwunastego roku życia przestaliśmy się uczyć, bo z dalszej nauki nie zarobilibyśmy na chleb. Mimo, iż mieliśmy dom, stworzyliśmy nową rodzinę, nigdy nie odzyskaliśmy tego, co straciliśmy. Nikt by wcześniej nie pomyślał, że w przeciągu jednego tygodnia zostałem nieszczęśliwą sierotą bez perspektyw na przyszłość. Dawno już bym ze sobą skończył, gdyby nie oni... Mikasa i Armin. Moje przybrane rodzeństwo, o które starałem się zadbać, troszczyć. Nic nie mogło nas rozdzielić, musieliśmy trzymać się razem. Dopóki pewnego dnia nie zgarnęli nas z ulicy i nie wystawili na aukcji jak przedmioty. Wszystko się posypało. Nie mogłem pozwolić, by nas rozdzielono. To była jedyna zasada, którą obiecaliśmy sobie dotrzymać do końca. Dlatego zakradłem się do gabinetu ich szefa, wykradłem im to, co było dla nich najcenniejsze, wróciłem do naszej celi, zapamiętałem jakiś dziwny kod, po czym wrzuciłem całą teczkę do paleniska. To miała być nasza przepustka do wolności, a okazało się zupełnie inaczej...

***

Znowu leżałem, tym razem twarzą do podłogi. Światło było zgaszone i w pomieszczeniu panowała kompletna cisza. Co się stało? Zemdlałem? Gdzie ten gość z irokezem? Gdzie jest Armin?
- Ar...min? - wykaszlałem, starając się wypatrzeć coś z kompletnych ciemności. Niestety nie udało mi się to. Po jakimś czasie usłyszałem kroki. Towarzyszył mu dziwny stukot. Obcasy...? Ktoś nagle zapalił światło i otworzył drzwi. Postać przystanęła przy mnie i westchnęła. Najpierw zobaczyłem czarne, wysokie koturny, potem unosiłem wzrok coraz wyżej i wyżej... Ciemne, obcisłe legginsy, czarna marynarka, biała bluzka z czarnym kołnierzykiem, aż w końcu piękna, anielska twarz. Pomalowane krwistoczerwoną szminką usta, duże, orzechowe oczy oraz gąszcz brązowych loków...
- T-Ty... - otworzyłem szeroko oczy. Teraz wszystko nabrało sensu. To ona maczała w tym wszystkim palce. To ona rozpoznała mnie w posiadłości. Dlatego tak ucieszyła się na mój widok! Od razu poleciała powiedzieć o mnie całemu gangu! Levi o tym wie? A może przez cały czas wiedział...?
- Witaj ponownie, zagubiona owieczko. Ostatnio często się spotykamy, nieprawdaż? - uśmiechnęła się szeroko i obeszła mnie powolnym krokiem, niczym zwinny kot swoją ofiarę. Wzrokiem powędrowałem do miejsca, gdzie wcześniej znajdował się blondyn.
- Gdzie... Armin?
- Nie mam bladego pojęcia. Giulio go gdzieś ze sobą zabrał, po tym jak już zgwałcił go z radości. Podobno ciągnął za sobą jego martwe ciało niczym Achilles Hektora! Szkoda, że po drodze zostawił taki bałagan... - westchnęła, po czym przykucnęła przy mnie, oparła dłoń pod brodę i przyjrzała mi się.
- Armin... czy on... nie żyje?
- Nie wiem co z nim zrobił, ale mogę ci zapewnić, że chłopak nie wyjdzie z tego cało - odparła, na co się wzdrygnąłem. - Gdybyś tylko nie był takim upartym, bezmózgim zwierzaczkiem, zabilibyśmy was od razu!
- Zamierzasz to zrobić? Po to tutaj przyszłaś? Proszę bardzo! Zabij mnie! Nie będę nawet stawiał oporu - parsknąłem - Nic już nie trzyma mnie przy życiu...
- Na pewno? - przekręciła głowę na bok - A co z Levim? Myślałam, że go kochasz - Dorwą go... Dopadną jeszcze Leviego, jeśli im nie powiem... - uświadomiłem sobie. - Tak jak myślałam. Twoja reakcja była taka cudowna! Aż żałuję, że nie wzięłam aparatu! - zachichotała, po czym podniosła się. Jej uwagę przykuło coś, leżącego przy mojej twarzy. Poszedłem jej śladem i zobaczyłem otworzoną zawieszkę od łańcuszka, który miałem na sobie. - Pamiętam to. Ta mała Azjatka się z tym nie rozstawała - mruknęła zaintrygowana brunetka.
- Nie! - zawołałem, lecz było za późno. Kobieta uśmiechnęła się przebiegle, po czym uniosła nogę i zgniotła zawieszkę butem.
- To właśnie się stało z twoją całą rodziną. I to wszystko z twojej winy - roześmiała się, przyglądając mi się, jak powoli usiadłem i wziąłem do obu rąk roztrzaskane kawałki oraz pogniecione zdjęcia. Spojrzałem na fotografię rodziców oraz moich przyjaciół. To moja wina... Gdyby nie ja, to... wszystko potoczyłoby się inaczej. Oni nie zasługiwali na tak okrutny los... - zacząłem cicho łkać. Nagle jedno ze zdjęć wypadło mi z dłoni i opadło na podłogę. Kiedy wyciągnąłem po nie rękę, zobaczyłem, że na odwrocie fotografii widniały jakieś napisane ołówkiem liczby. Jeden, dwa, trzy... dziesięć liczb w rządku... Co to mogło oznaczać? Czemu były na odwrocie zdjęcia? Czyżby...? To był ten szyfr? Nie, to nie możliwe... - zastygłem w bezruchu. - Tak... Tak! To była Mikasa! To ona musiała spisać te liczby w razie, gdybym ich nie zapamiętał! Dlatego dała mi wisiorek... To miała być moja przepustka... Przez tyle czasu miała ją przy sobie i nie pisnęła ani słówkiem... Zrobiła to dla mnie... - po policzkach spłynęły mi kolejne łzy.
- Co ty robisz? - szatynka stanęła przy mnie i zdębiała. W ułamku sekundy odepchnęła mnie na bok i wzięła fotografię do ręki. - To jest to! To musi być to! - mówiła podekscytowana. - Simon! Andre! Zadzwońcie po Angel'a! Mam szyfr! Mam...! - nagle usłyszałem odgłosy wystrzałów. - Simon?! - zawołała zdenerwowana. Następnie podeszła do drzwi i rozejrzała się po holu. - Niedobrze... - mruknęła, po czym zatrzasnęła drzwi, podeszła w moim kierunku i wyciągnęła z kieszeni marynarki kluczyk, którym otworzyła moje kajdany na rękach i nogach.
- Co...?
- Zamknij się - warknęła i sprawiła, bym stanął, opierając mnie o chłodną ścianę. Wyjęła niewielki pistolet zza paska i przystawiła mi ją do skroni - Masz milczeć, jasne? Jeden pisk, a nacisnę spust - zagroziła. Nie obchodziło mnie to, co miało się ze mną stać. Mogli mnie już zabić, sprzedać, cokolwiek... byleby nie ucierpiała przy tym kolejna osoba. Tylko nie Levi...
Niedługo później usłyszałem kolejne strzały i kroki. Potem ktoś próbował dobić się do drzwi, które były dobrze zamknięte. Wtedy nastała głucha cisza, ale nie na długo... Niczym tornado, obcy zaczął naparzać na drzwi, dopóki nie dały za wygraną i się wyłamały, opadając z hukiem na podłogę. Przed moimi oczami stanął zdyszany ciemnowłosy w białej, poszarpanej koszuli bez kilku guzików, z podciągniętymi rękawami do łokci, przez co mogłem ujrzeć jego poranione przedramiona. W obu dłoniach trzymał broń, a jego kobaltowe oczy wręcz płonęły.
- Levi... - Nie możesz tutaj być. Nie mogłeś przyjść tutaj po mnie. Zostaw mnie i uciekaj...
- Gra skończona, Kat. Puść go - rozkazał, celując w nią.
- Nie! Właśnie, że nie! Mam już to, po co tutaj przyszłam! Zabiję ciebie i jego, a potem oddam szyfr Angelo!
- Twój brat nie żyje - oznajmił ze spokojem, podchodząc o parę kroków.
- Łżesz, ty psie! - krzyknęła, a czarnowłosy momentalnie przystanął. Widziałem jak jej ciało zaczyna drżeć ze zdenerwowania i strachu.
- Namierzyliśmy go tak samo jak ciebie. Był w drodze tutaj, ale nie dał rady dojechać. Brzmi znajomo, prawda?
- Nie! On jest nietykalny! Nigdy by...!
- Każdy popełnia błędy - rzekł i spojrzał mi prosto w oczy. Serce stanęło mi w piersi. Levi... Czy to znaczy, że mi wybaczasz? Wierzysz w ten głupi frazes? Tak bardzo spieprzyłem, Levi... Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo... Tyle osób straciło dzisiaj życie, a ty... byłbyś w stanie mnie z nich usprawiedliwić? Byłbyś w stanie nadal się ze mną zadawać? Byłbyś w stanie mnie znowu... pokochać? - Tak - usłyszałem cichą odpowiedź. Ze łzami w oczach patrzyłem na jego ubrudzoną mieszanką krwi i pyłu, lecz nadal nieskazitelnie piękną i niewzruszoną twarz. Natomiast z ruchu warg wyczytałem słowo "teraz". Wtedy jak kierowany przez jakąś nadnaturalną moc, odnalazłem w sobie siłę, by wydostać się ze słabnącego uścisku kobiety i opaść na podłodze, aby pozwolić mu wykonać ostateczny strzał. Po chwili ciało szatynki z hukiem osunęło się tuż obok mnie.
- Ty pieprzony...! - zachłysnęła się krwią, a Rivaille przykląkł przy niej.
- Z powodu, że kiedyś łączyło nas coś więcej, nie pozwolę ci po prostu zginąć, ale jak spotkamy się następnym razem, nie licz na litość - powiedział tajemniczo.
- Lance... - brunetka uniosła dłoń i pogłaskała go po zadrapanym, brudnym policzku. - Wybacz mi - płomyki w jej czekoladowych oczach zgasły, a dłoń opadła bezwładnie na ziemię. Później niebieskooki przeszukał jej ubranie, odnalazł zdjęcie z zapisanym kodem i schował je do tylnej kieszeni spodni. Potem wstał i zwrócił się w moim kierunku.
- Musimy się stąd wydostać. Jestem pewien, że ten drań zdążył przed śmiercią wezwać posiłki... - mężczyzna wziął mnie na ręce i skierował się do wyjścia. Nie wypowiedziałem ani słowa. Nie musiałem. On dokładne wiedział, co się stało. Mógł bez problemu czytać ze mnie jak z otwartej księgi. Wiedział o mnie wszystko i po raz kolejny, trzymał w swoich szerokich ramionach. Pomimo tych wszystkich lat, przez które się nie widzieliśmy, nic się nie zmieniło... Posiadał dar, by zawsze mnie odnaleźć i wyprowadzić z ciemności.



*****

Dobry~! ♡


Dzisiaj już (prawie) oficjalnie kończymy sagę Losta! Ale to jeszcze nie taki definitywny koniec, bo dalsze losy bohaterów oraz odpowiedzi na pozostałe pytania zostaną przedstawione w epilogu, który pojawi się... jak go napiszę xD

PS Na zaległe komenty odpiszę już wkrótce :)

PPS Dajcie mi znać, na jakie następne opowiadanie liczycie :D


Joleen :*